Spisane 26 lutego 2011 r. podczas nagrania w Ośrodku Kultury im. C. K. Norwida Górali 5.
„Zespół rytmiczny ZDK HiL powstał w sposób przypadkowy. Żywisław Szczerbiński powróciwszy w początkach lat 50. z wojska (1954?) próbował zorganizować zespół, który grałby standardy amerykańskie głównie swingowe. Chciał stworzyć grupę coś na wzór
Glenna Millera. Po powrocie z wojska zatrudniony został w Zakładach Szadkowskiego (Zieleniewskiego), tam poznał pracującego w Dziale Produkcji
Juliusza Malika. Znał także
Aleksandra Rogozińskiego, pracownika Nafty na ul. Lubicz. Ten ostatni zaproponował zespół właśnie w pomieszczeniach Nafty. Dołączył do nich jeszcze
Stanisław Dubiel (trąbka), ale grał bardzo marszowo, był „dęciakiem”, nie potrafił swingować. Odbyły się w Nafcie może ze 3 próby w składzie
Żywiński,
Malik,
Rogoziński, niestety zespół nie powstał. Dyrekcja Nafty uznała, że ta muzyka, którą chcą grac, swing nie jest odpowiednia i wyrzucono ich z pomieszczeń. Było lato 1955 r. Kilka dni później
Żywisław Szczerbiński spotkał na ulicy
Stanisława Florka.
Stanisława Florka znał jeszcze ze szkoły średniej sprzed wojska (czyli ok. 1947 – 1949). Sam uczęszczał do liceum pijarów,
Florek był uczniem Liceum Plastycznego na Lea, jednocześnie uczniem szkoły muzycznej. Wspólnie uczęszczali na zajęcia zespołu muzycznego, gdzie śpiewu uczył ich pan
Wójcik.
Florek był już wówczas instruktorem w Nowej Hucie. Właśnie wrócił ze szkoły instruktorów w Skolimowie „Był tam Centralny Ośrodek Instruktorów Artystycznych, był tez zespół pieśni i tańca. Tam poznał żonę
Kazimierę. Razem wrócili do Krakowa już jako małżeństwo. Najpierw otrzymali skierowanie do Filharmonii i Radia, ale tam już nie było etatów, więc zatrudniono ich w Związku Zawodowym Hutników do tworzenia powstającego właśnie ZDK, przez pierwszy miesiąc pracowali na wydziałach, pan
Florek na Stalowni, a ZDK się tworzył w DMR, zwozili meble, przerabiali pokoje (bo to był hotel), zrobili salę estradową ze sceną.
Chodził do średniej szkoły muzycznej – klasa wokalna (chodził tez do Liceum Plastycznego). W szkole muzycznej spotkał
Żywika Szczerbińskiego, który grał na akordeonie, grał także jazz. Z nim założył pierwszy zespół jazzowy.
Do Huty pan
Florek przyjeżdżał wcześniej – przed wojskiem – a więc 1950, 1951?? Działał w Towarzystwie Wiedzy Powszechnej – Teatr Żywego Słowa i przyjeżdżał z programem na Czyżyny do baraków”
1. „Właśnie z tym programem pan
Szczerbiński też pamiętał –
Florek śpiewał wówczas piosenkę radziecką „Ach ta droga”. Ten zespół zorganizował w 1950 (1951?) nauczyciel muzyki
Wójcik przy Wojewódzkim Domu Kultury, był to 16-osoby zespół, ze swoim programem byli m.in. w świetlicy w barakach na Czyżynach”
2 „Chociaż było to indoktrynowanie, żeby kształtować człowieka socjalizmu to jednak była kultura. Przychodzili ludzie w kufajkach, gumiakach i byli zachwyceni poezją i wtedy pan
Florek zakochał się w Nowej Hucie. Ci ludzie chcieli się wyrwać z kompleksów. Tworzyłem zespoły: po jazzowym, który wywodził się z Krakowa, dyrekcja kombinatu dawała pieniądze na instrumenty i inne rzeczy, kombinat był zradiofonizowany i ludzie wiedzieli, co się dzieje i przychodzili się zapisywac do zespołów”
3
Jako instruktor ZDK zaproponował
Żywikowi zajęcie się zespołem akordeonistów. Pan
Żywik zrobił dwie, trzy próby, ale robotnicy Huty niechętnie przychodzili, poza tym, nie za bardzo umieli grac na akordeonach. Więc
Żywik zrezygnował i wspólnie postanowili założyc sekcję rytmiczną, która będzie grała standardy amerykańskie.
Do zespołu zaprosili
Juliusza Malika, który razem z
Żywikiem pracował w Zakładach Szadkowskiego, grał na kontrabasie,
Aleksandra Rogozińskiego na fortepianie.
Aleksander znał wówczas
Tadeusza Szczepańskiego grającego na gitarze i też go zaprosił do zespołu (
Tadeusz Szczepański pracował wówczas w Domu Książki w księgowości, na gitarze uczył się grac sam, potem w wojsku był w lotnictwie, ale w orkiestrze i tam się uczył). Na perkusji grał
Radosław Bator, a na klarnecie
Kazimierz Ślusarczyk. Doprosili jeszcze
Janinę Karczewską, także pracownicę zakładów Szadkowskiego jako solistkę. Solistą został także
Stanisław Florek. Muzycy bazowali na standardach amerykańskich: słuchali Voice of Music, Conovera, Radio Luksembourg, radia z Berlina Zachodniego, potem ukazywały się wydawane przez Państwowe Wydawnictwo Muzyczne (PWM) tzw. „orkiestrówki” i tam czasem zdarzały się kawałki, zwłaszcza orkiestry
Glenna Millera. Wydawano „Śpiewamy i tańczymy” – seria wydawnicza PWM. Chodzili do kina na filmy amerykańskie m.in. wówczas szedł film „Serenada w dolinie słońca” byli po kilka, kilkanaście razy, aby zapamiętać melodię. Tam grano m.in. „In the Mood”, „Chattanooga Choo Choo”. I to śpiewał pan
Florek na pierwszym koncercie jazzowym w Nowej Hucie 27 listopada 1955 r.
Bali się nazywać „zespół jazzowy” przed koncertem nas fachowcy przesłuchali (tzn. kto?), ale na plakacie pozwolono napisać” Wieczór melodii i muzyki jazzowej”. Próby odbywały się w DMR, myśleliśmy, że nikt nie przyjdzie. Jednak jeszcze nie zaczęli grac, jak sala była już pełna. Koncert ten, 27 listopada 1955 r. organizowała Rada Zakładowa Huty. Jak zaczęli grac, aplauz był ogromny, bisowali dużo razy, najbardziej oklaskiwali ich ci, którzy stali na korytarzu. Konferansjerkę prowadził pan
Bednarczyk. Za to, że grali dla Nowej Huty mogli korzystac z instrumentów jeśli mieli prywatne granie np. w lokalach. W 1956 w lecie Rada Zakładowa ufundowała im za to granie wczasy w Międzyzdrojach, mieli tam zagrac 3 publiczne koncerty, a poza tym dodatkowo sobie zarabiali grając codziennie w domach wczasowych Funduszu Wczasów Pracowniczych. Tak podobali się kierownikowi hotelu, w którym mieszkali, że ten wynajął samochód z megafonem i reklamował ich na ulicach Międzyzdrojów – „gra zespół rytmiczny z Nowej Huty”.
Wprowadziliśmy motywy jazzowe – improwizację poszczególnych instrumentów. Graliśmy do tańca więc były walce, tanga, nie graliśmy utworów ludowych (a to był głęboki socjalizm). Czuliśmy się związani z ZDK, dali nam salę do prób, instrumenty – mogliśmy grac. Myśmy to kochali, z entuzjazmem do muzyki, bawiliśmy się muzyka.. W ZDK było pełno nowych instrumentów zwłaszcza niemieckich, perkusja była nowoczesna.
Żywik: ja miałem akordeon 1 register 80 basowy, a tu dostałem 120-basową z 12 registrami.
Malik: kiedy pierwszy raz przyszedłem do ZDK na próbę, wszedłem do slai a tam pianista z perkusistą mieli próbę, kontrabas stał obok, podszedłem, wziąłem instrument i włączyłem się w granie. Taki był mój początek w zespole rytmicznym ZDK
1955/1956 – graliśmy w DMR sylwestra, była taka frekwencja, że trzeba było z jednej Sali wynosić stoliki aby było miejsce do tańca. Graliśmy na zmianę z drugim zespołem.
Żywik: moja żona przyszła później na zabawę i musiała wchodzić po drabinie przez okno.
Koncerty były też w Sali ZPiT, na poczcie, w TOS-ie, w szpitalu Żeromskiego, organizacją koncertów zajmował się pan
Florek.
Dyrekcja Zakładów Gastronomicznych wzięła zespół do Arkadii i graliśmy w 3:
Szczerbiński,
Marędziak,
Malik.
Był głód muzyki zachodniej.
Nie uzgadniali z nikim repertuaru, sami wiedzieli co można grac, a czego nie. Grali foxtroty, swing, sambę, rumbę, boogie-woogie, rock and roll.
Zespół rytmiczny przetrwał ok. 2,5 lat od jesieni 1955 do wczesnej wiosny 1957. Wtedy to pianista (
Aleksander Rogoziński), perkusista (
Radosław Bator) i
Ślusarczyk podpisali kontrakt do „Bajki” w Krynicy i odeszli.
Niedługo po wojnie to ludzie chcieli się bawić – zabawy taneczne były ciągle i wszędzie. Grali na Wielopolu – Biuro Projektów (tam przyszła do nich dziewczyna i zapytała czy nie mogłaby z nimi zaśpiewać – zaśpiewała to była
Danuta Smykla – potem
Rinn).
Potem pojawiły się już orkiestrówki
W 1950 pan
Malik studiował na Akademii Handlowej – tam grał „Błękitny jazz”
Jana Walaska. (
Malik:
Walasek został skreślony z listy studentów po imprezie w Rotundzie, kiedy kazano przestać grac amerykańskie kawałki on się postawił i powiedział, że nie przestaną, następnego dnia skreślili go). Nikt nie wiedział, że gramy jazz. Zestaw był taki, że nie wiadomo było że to swing, raczej improwizacja (akordeon + klarnet wzorowali się na
Benny Goodmanie)
Malik: na fortepianie, przed wojną, potem Reich (Trzebinia?) prywatnie się uczyłem, potem przestałem, bo zastrzelono nauczyciela mojego był w AK, po wojnie zacząłem zwracać uwagę na muzykę taneczną, moja mama grała na fortepianie.
Pamiętam Tygrysy Buchenwaldu – to orkiestra obozowa w czasie okupacji grali na ustach, bo nie mieli instrumentów, przyjechali do Polski i pokazali muzykę big-bandową.
Szczerbiński: akordeon dał mi ojciec chrzestny, uczył mnie organista, po wojnie chodziłem do szkoły muzycznej. W czasie okupacji jako chłopak zagrałem w cyrku niemieckim i organista mnie wyrzucił. Potem gralem w orkiestrze harcerskiej – sygnałówki, werble, (tam przyszedł chłopak, który nie miał instrumentu, prosił – to znany jazzman który zginął w wypadku – czy to
Komeda?)
Krystyna Downar
26.02.2011